niedziela, 10 września 2017

Dlaczego kocham God Help the Girl?

Dlaczego kocham God Help the Girl?
Dzisiaj będzie krótko i treściwie. A przynajmniej postaram się, by tak było, bo zwykle mam tendencję do niepotrzebnego rozpisywania się i rozwlekania tematu (zwłaszcza jeśli mówię o czymś, co bardzo kocham).
Chciałam Wam krótko opowiedzieć o jednym z moich ulubionych filmów, o ile nie ulubionym. Aż przykro mi patrzeć na to, jak mało jest popularny, bo zajmuje on szczególne miejsce w moim sercu i moim zdaniem, zasługuje na o wiele więcej uwagi. No i halo, Wy też zasługujecie na to, by obejrzeć tak cudowny film!
Dlatego przedstawiam Wam tylko kilka z wszystkich powodów, dla których tak bardzo kocham God Help the Girl.

1. Olly Alexander
A właściwie cała obsada... No ale okej, nie będę ukrywać, że jako ogromna fanka Years & Years, to właśnie dlatego półtora roku temu obejrzałam ten film po raz pierwszy - jedną z głównych ról gra tam właśnie wokalista tego zespołu. Uwielbiam Olly'ego i myślę, że idealnie wpasował się w postać Jamesa - jest naturalny i urzekający. Główną postać historii, cierpiącą na zaburzenia odżywiania Eve, zobaczymy w kreacji Emily Browning (znanej między innymi z roli Wioletki z filmowej wersji Serii niefortunnych zdarzeń). Obok Olly'ego i Emily występuje Hannah Murray, którą możecie kojarzyć z postaci Cassie ze Skinsów. Tutaj zaś gra ona... również Cassie!

2. Soundtrack
W tym momencie właściwie nie wiem, co chciałabym powiedzieć?? Czy wystarczy Wam to, że znam wszystkie teksty z tego soundtracku na pamięć i że sprowadziłam sobie jego wersję fizyczną za niemałą cenę z UK i wszyscy moi najbliżsi mają mnie dość? Bo słucham go codziennie? Nie? No to powiem prosto. K O C H A M  MUZYKĘ Z GOD HELP THE GIRL. I nie zrozumiecie dlaczego jest dla mnie taka wyjątkowa, dopóki jej nie posłuchacie.

 3. Klimat i estetyka
I mam tutaj na myśli kolory i kadry, scenerię, ubrania, które mają na sobie bohaterowie, montaż. Te wszystkie czynniki tworzą klimat, jaki w filmach uwielbiam. Jeśli lubicie produkcje w stylu indie, trochę bardziej niezależne i festiwalowe, to myślę, że pokochacie God Help the Girl.

4. Humor
Dokładnie taki, jaki lubię - niebanalny i nienachalny. Film jest pełen dialogów delikatnie graniczących z absurdem, które dodają całości mnóstwa, mnóstwa uroku. 

5. Uczucie, z jakim zostawia
Dla mnie God Help the Girl to w ogóle film pełen emocji, o emocjach oraz wywołujący dużo emocji. Za każdym razem po obejrzeniu go łapie mnie pewien rodzaj nostalgii i smutku przeplatanych uczuciem radości i nadziei. Dziwne? No cóż, może. Ja bardzo polubiłam ten stan, z jakim pozostawia mnie zakończenie i myślę, że to jeden z najważniejszych powodów, dla których obejrzałam tę produkcję tak wiele razy, a jeszcze więcej razy dopiero ją obejrzę. 

A teraz jedyne, co mam do powiedzenia to... rzućcie wszystko i oglądajcie God Help the Girl! Jestem pewna, że nie pożałujecie!

wtorek, 27 czerwca 2017

6 grubasków na wakacje

6 grubasków na wakacje
Coraz częściej zaglądam tutaj ostatnio trochę z dozą nieśmiałości, a trochę z dużą chęcią kontynuowania tego, co do tej pory tu zaczęłam. No bo jak to tak, trzy posty wiszą na blogu od lutego, a autorka uciekła bez śladu? No cóż, dla mnie to typowe. Anyway, jako że czasu ze względu na wakacje przybyło na czytanie (moje ostatnie postępy to była istna tragedia), to na pisanie o książkach również. Planowałam przygotować post z tradycyjnym TBRem, ale ponieważ moje ambicje wykraczają poza umiejętności szybkiego czytania, stwierdziłam, że jest tego zdecydowanie za dużo i ograniczę się tylko do książek o dużej objętości. A dlaczego?

Odkąd zaczęłam się uczyć w liceum w innym mieście we wrześniu zeszłego roku, czas przeznaczony na czytanie został zniwelowany wyłącznie do codziennych czterdziestu minut spędzonych w autobusie. Jako że nie używam czytnika, trudno mi do mojego już i tak wypchanego plecaka dokładać jeszcze ciężkie, obszerne tytuły, które przez to kurzą się na mojej półce od kilku miesięcy. Dlatego stwierdziłam, że wakacje to będzie idealny czas na nadrobienie tych książek! Przed wami 6 powieści dużych rozmiarów, które planuję czytać latem. 


1. Moja walka, Karl Ove Knausgård
Czyli coś, co zaczęłam już czytać - oczywiście ze względu na to, że to książka miesiąca maja i czerwca w klubie książkowym @czytajta założonym przez Klaudię i Alicję. Powieść tę złapałam kiedyś na promocji w niewielkiej lokalnej księgarni i kupiłam, bo Alicja umieściła ją w swoim poście o najlepszych książkach 2016 roku. Za mną już ponad 300 stron i muszę przyznać, że za każdym razem, gdy do niej usiądę, kartki przelatują mi między palcami w zastraszającym tempie. Póki co - jestem baaardzo zadowolona!

2. Złodziejka książek, Markus Zusak
Aż wstyd się przyznać, że lektura tej książki jest jeszcze przede mną. Film widziałam (chociaż było to dawno i wydaje mi się, że nie obejrzałam całości z ręką na sercu), a powieść zaczęłam czytać dopiero w kwietniu tego roku, przerwałam jednak, bo Szczygieł Donny Tartt trafił w moje ręce. Ten wspaniały kolos jest już jednak za mną, Moja walka na półmetku, później więc nareszcie będę mogła się całkowicie zatracić w wojennej rzeczywistości małej Liesel Meminger.

3. Gra anioła, Carlos Ruiz Zafón
Nikt nie czaruje mnie słowem tak bardzo jak Zafón. Za mną już lektura niesamowitych Cienia wiatru, Więźnia nieba oraz nieco słabszych Świateł września. Dlaczego jeszcze nie przeczytałam Gry anioła? Szczerze mówiąc, naprawdę nie mam pojęcia, chyba to właśnie objętość uniemożliwiła mi zabranie się za tę pozycję w tym roku szkolnym i bardzo żałuję. Zafón uwiódł mnie i pochłonął całkowicie już ponad półtora roku temu i od tamtej pory chyba tylko Donna Tartt dorównała mu w stylu pisania i sposobie opowiadania. Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo kocham to, jak ten pan pisze, jak sprawia, że całkowicie zapominam o bożym świecie i daję się ponieść spacerom po zapomnianych ulicach Barcelony. Must read!

4. Małe życie, Hanya Yanagihara
Nie wspominając już o tym, jak bardzo promowana była ta powieść w Polsce, moja przyjaciółka Alicja chyba mnie zamorduje, jeśli w końcu nie przeczytam Małego życia. Pomimo że obawiam się tej lektury - zorientowałam się już, w jak depresyjnym nastroju pozostawia człowieka - z drugiej strony już naprawdę nie mogę się doczekać, aż przebrnę przez te 800 stron, bo uwielbiam książki, które oddziałują na mnie z taką mocą.


5. i 6. Cykl Szóstka Wron, Leigh Bardugo
Dylogia (bo podobno nie „duologia”, jak to często w społeczności książkowej mówimy) Bardugo to mój mały grzeszek. Jeszcze nie wiedziałam, o czym jest ta seria, a już chciałam ją przeczytać - to wydanie wręcz wyskoczyło z półki w księgarni i krzyknęło do mnie „weź mnie!”. No to wzięłam. Obie części, bo rzadko w Empiku zdarzają się promocje, ale jeżeli już, to właśnie tak na mnie działają. Praktycznie nigdy nie kupuję od razu całej serii - zawsze najpierw sprawdzam pierwszy tom - ale tutaj dałam za wygraną. Choć czytałam kilka negatywnych opinii, to jednak internet zalewa głównie fala pozytywów, dlatego oczekiwania mimo wszystko mam wysokie. I mam nadzieję, że się nie zawiodę!

Czytaliście którąś z tych książek? Jakie są Wasze odczucia? Piszcie w komentarzach!
Ja tymczasem zabieram się z powrotem za Moją walkę, a Wam życzę zaczytanych wakacji!

niedziela, 12 lutego 2017

Z papieru na ekran #1 - Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń

Z papieru na ekran #1 - Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń

Hejka! Witajcie w nowej serii, której kolejne części będą się pokazywać na blogu od czasu do czasu - mam zamiar rozmawiać tutaj z Wami o książkowych ekranizacjach. Dzisiaj pod lupę wezmę najnowszą serialową adaptację Serii Niefortunnych Zdarzeń Lemony'ego Snicketa (a właściwie Daniela Handlera), która powstała na zlecenie platformy Netflix w połowie stycznia tego roku. Dotychczas został wyemitowany pierwszy sezon składający się z ośmiu odcinków opartych na czterech pierwszych tomach serii (jedna książka = dwa odcinki). Muszę jednak nadmienić, że nie będzie tu słowa o ekranizacji filmowej z 2004 roku, ani porównywania jej z tą świeżą, chociaż możliwe, że kiedyś również tutaj o niej opowiem - zwłaszcza ze względu na występującą w filmie Emily Browning, którą uwielbiam.

Za każdym razem, gdy słyszę ktokolwiek opowiadającego o Serii Niefortunnych Zdarzeń, okazuje się, że ta osoba przeczytała te książki z zapartym tchem w dzieciństwie i do tej pory dobrze je wspomina. Ze mną jest odrobinę inaczej. Prawdę mówiąc, mam jedynie mgliste wspomnienie tych króciutkich powieści dla dzieci, bo będąc młodszą, przeczytałam tylko dwa pierwsze tomy - Przykry początek i Gabinet Gadów i to tylko z tego względu, że już wówczas zaczynały się problemy z dostępnością tej serii. Pamiętam, że wykradłam obie książki z półki mojego brata i pochłonęłam je w mgnieniu oka. Historia sierot Baudelaire wydała mi się bardzo wciągająca i absorbująca, a zarazem dziwna i nietuzinkowa. Później niestety, przez to, że nie mogłam nigdzie znaleźć trzeciej części, książki zupełnie wypadły mi z głowy. Aż do momentu, kiedy Netflix ogłosił powstanie serialowej adaptacji. Wówczas postanowiłam, że zrobię sobie mały re-read i z pewnością będę kontynuować czytanie o niezwykłych losach rodzeństwa. I tak też zrobiłam.

Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire spędzają miły dzień na plaży, kiedy dowiadują się, że ich rodzice zginęli w strasznym pożarze, który strawił cały ich dom i wszystkie ważne dla nich rzeczy. Od tej pory ich ciężki los leży w rękach Hrabiego Olafa, który zostaje ich prawnym opiekunem, zaś potajemnie dybie na pozostawiony rodzeństwu przez rodziców majątek.


Mówiąc o literackim pierwowzorze, trzeba pamiętać, że jest to przede wszystkim seria dla dzieci. Akcja gna więc na złamanie karku, przedstawione wydarzenia, gdyby się dłużej zastanowić, nie zawsze mają rację bytu, a autor posługuje się niezwykle lekkim, prostym językiem, który sprawia, że książki czyta się szybko nie tylko ze względu na małą objętość. Co zaś się tyczy serialu... Nie chcę powiedzieć, że jest skierowany do dorosłych, ale trzeba przyznać, iż frajdę z oglądania będą odczuwać nie tylko dzieciaki. Nie wszystkie serialowe żarty i odniesienia zostaną przez nich zrozumiane, a stanowczo będą się z nich zaśmiewać starsi. Wydarzenia w serialu zostały jednak naprawdę, naprawdę dobrze zgrane z pierwowzorem (a wiem, co mówię, bo dopiero co skończyłam czytać cztery pierwsze części), zatem dzieci nie tylko powinny czuć się usatysfakcjonowane, ale jestem pewna, że większość z nich będzie śledzić losy rodzeństwa z pełną gamą emocji: od radości i ulgi po smutek i trwogę.

Jeśli kiedykolwiek czytaliście Serię Niefortunnych Zdarzeń, ba, może nawet znakomicie znacie całą jej fabułę, cóż, i tak będziecie zaskoczeni. Scenarzystą serialu jest sam autor książek, co powinno nasuwać myśl, że treść ekranizacji będzie im niemalże stuprocentowo wierna. Sądzę jednak, iż nie powinno dziwić, że przez te kilka lat od publikacji ostatniego tomu serii Handlerowi przyszła do głowy cała masa nowych pomysłów na jej udoskonalenie. I nie ukrywam, że w mojej opinii to, co ten człowiek zrobił ze scenariuszem, to świetne posunięcie. Motyw sekretnych organizacji, bohaterowie, o których nie mamy pojęcia, a co do których snujemy pewne przypuszczenia... wszystko to owiane jest mgiełką tajemnicy i staje się gratką nie tylko dla tych, którzy z historią sierot Baudelaire spotykają się po raz pierwszy, ale też przede wszystkim dla fanów serii.


W tym momencie, drodzy państwo, dochodzimy do kwestii bohaterów i gry aktorskiej. Jeśli mam coś powiedzieć o głównych rolach dziecięcych, to na pewno to, że podczas lektury po prostu lubiłam trójkę głównych postaci. Zabawne uwagi autora i stosunkowo prosta kreacja bohaterów stanowczo pomagały mi z nimi sympatyzować. Natomiast ich serialowa wizualizacja sprawiła, że zdecydowanie pokochałam Wioletkę, Klausa oraz Słoneczko i kibicowałam im w ich trudnych zmaganiach z kolejnymi opiekunami. Gra młodych aktorów nie jest może zachwycająca, raczej po prostu dobra. Najlepiej, moim zdaniem, radzi sobie Malina Weissman, choć cóż, o grze aktorskiej małej Presley Smith trochę ciężko mi się wypowiedzieć. Zachwycam się za to Neilem Patrickiem Harrisem! Cóż ten człowiek zrobił z Hrabią Olafem! Jego Hrabia jest groteskowy, kolorowy, nade wszystko dobrze napisany i doskonały w każdym wydaniu i przebraniu. Zaś sam Lemony Snicket (w tej roli Patrick Warburton) to postać tajemnicza, elegancka i frapująca, taka, która zastanawia widza coraz bardziej z każdym odcinkiem.

Przeczytałam w którejś recenzji, że klimat serialowej Serii Niefortunnych Zdarzeń to połączenie stylu Tima Burtona i Wesa Andersona. I ciężko mi się z tym nie zgodzić. Przerysowane, kolorowe elementy tańczą na ekranie z mocno kontrastującym mrokiem otaczającym bohaterów. Dopracowane kadry, ogrom detali, specyficzna atmosfera to uczta dla oczu, musicie mi uwierzyć. Nie bez przyczyny serial ten jest dotychczas najdroższą produkcją Netflixa - tutaj włożony budżet naprawdę jest widoczny.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Obejrzyjcie to. Proszę. I koniecznie powiedzcie, co sądzicie! Mnie oglądanie tej adaptacji sprawiło mnóstwo przyjemności i okropnie ubolewam nad tym, że na następny sezon musimy czekać aż do stycznia 2018 roku! Ale wiecie co? Myślę, że naprawdę będzie warto.

sobota, 28 stycznia 2017

Klasyka romansu nie do końca o miłości? - Wichrowe Wzgórza / Emily Brontë

Klasyka romansu nie do końca o miłości? - Wichrowe Wzgórza / Emily Brontë

Wichrowe Wzgórza, Emily Brontë // Wydawnictwo Świat Książki / 2015


Recenzowanie klasyki to zadanie o tyle niełatwe, że ciężko porównać subiektywne odczucia z wkładem pozycji w kształtowanie literatury światowej. Jestem tutaj jednak właśnie po to, aby przedstawić wam, co myślę o przeczytanych tytułach, a dzieła zaliczane do klasyków to zdecydowanie coś, po co trzeba sięgać choćby raz na jakiś czas, aby zrozumieć książki wydawane współcześnie. Zatem dziś porozmawiamy o Wichrowych Wzgórzach.

Heathcliff to osierocony chłopiec, którego przygarnia zachwycony znajdą zamożny pan Earnshaw, właściciel dworu Wichrowe Wzgórza. Nieśmiałe dziecko uważane jest w domu za odludka. Narażone na prześladowania i docinki ze strony syna pana domu, Hindleya, znajduje sympatię tylko w oczach Katarzyny, córki swych przybranych rodziców. Wkrótce ta dwójka obdarza się wzajemną miłością, której losy nigdy nie toczą się tak, jakby oczekiwali tego kochankowie. Samolubne postępowanie Katarzyny doprowadza do nieoczekiwanej ucieczki młodego Heathcliffa. Kilka lat później bohater wraca do Wichrowych Wzgórz jako tajemniczy, dorosły mężczyzna dysponujący fortuną niewiadomego pochodzenia, gotowy pomścić wszystkie krzywdy, których doznał w młodości. Ale Emily Brontë na tym wątku nie kończy. W rzeczywistości na kartach powieści zostaje przedstawiona historia trzech pokoleń dwóch rodzin: nie tylko Earnshawów, ale także ich najbliższych sąsiadów - Lintonów.

tej jedynej powieści średniej pod względem wieku siostry Brontë słyszałam niezliczoną ilość razy. Obok Dumy i uprzedzenia podaje się ją jako najważniejszą powieść o miłości powstałą w XIX wieku. Ale czy „miłość” jest w tym przypadku odpowiednim słowem? No właśnie. Brnęłam przez tę książkę, doszukując się wątku romantycznego, ale (pomimo tego, jak brzmi powyższy opis) tak naprawdę znalazłam go w niej niewiele. Motyw miłości Heathcliffa i Katarzyny został uwypuklony w kilku zaledwie fragmentach całej fabuły. Moim zdaniem, jest on raczej ukazany jako pobudka do czynów bohaterów, a głównym wątkiem, jaki podejmuje Brontë jest to, do czego może posunąć się człowiek skrzywdzony i opętany żądzą zemsty. Dla autorki zagadką jest, co dzieje się w psychice osoby pełnej nienawiści, egoistycznej, nie potrafiącej się pogodzić z własnym losem.

Specyfika bohaterów polega na tym, że właściwie żadnej z postaci nie da się lubić. Mówię poważnie. Może jedynie narratorka całej opowieści, pani Dean, czyli gospodyni, faktycznie wzbudza sympatię. Mimo, że początkowo wydaje się nieco bezbarwna i tak naprawdę mało w tej historii potrzebna, później jej postać staje się wyraźniejsza, a postępowanie ciekawe. Nie chcę przedstawiać wam poszczególnych cech konkretnych bohaterów, ale ogólnie mogę powiedzieć, że trudno doszukać się tutaj tej „dobrej”, moralnej osoby. Jeżeli ktoś nie jest chciwy, kapryśny i wpatrzony w siebie, to za to mściwy, samolubny lub materialistyczny. Wiem, że nagromadzenie tylu złych cech charakteru to zabieg celowy, jednak czasami zachowania postaci zwyczajnie mnie męczyły. 

Książka została napisana jako ciąg wybranych wydarzeń z dziejów rodziny Earnshawów i Lintonów. Momentami dramatyczne przeżycia nie zatracają dynamiki i nie są rozwleczone, wręcz przeciwnie, losy bohaterów śledzi się z zapartym tchem i niemałym zainteresowaniem.

Jeśli zaś mówimy o języku autorki, to spodziewałam się większej ilości archaicznych wyrażeń. Prosty w zrozumieniu, przyjemny styl okazał się miłym zaskoczeniem. Trzeba jednak być gotowym na charakterystyczny sposób ukazywania emocji, których, mam wrażenie, jest czasem w nadmiarze - bohaterowie przeżywają zbyt dużo i zbyt głęboko. Za to opisy tajemniczych, mglistych wrzosowisk wprowadzają niepowtarzalny klimat, który sprawia, że powieść staje się idealną pozycją na jesień. 

Podsumowując, uważam, że Wichrowe Wzgórza to bardzo ciekawy i nietypowy tytuł. Podejrzewam, że duża ilość negatywnych opinii na jego temat wynika z tego, jakich autorka wykreowała bohaterów. Nie ukrywam, że sama chwilami byłam oburzona i zirytowana, obserwując ich poczynania. Nie zmienia to jednak faktu, że to książka, którą warto znać i ja zdecydowanie cieszę się, że po nią sięgnęłam.

★★★★★★★

Copyright © 2016 Pomiędzy rozdziałami , Blogger